poniedziałek, 2 października 2017

Edward Hartwig: Przypadek według Edwarda H.

 
Rekonstrukcja rozmowy jaką w roku 1997 Iza Makiewicz-Brzezińska odbyła z gigantem polskiej fotografii – Edwardem Hartwigiem.
Iza Makiewicz-Brzezińska: Czuję, że może Pan być trochę znużony wywiadami, w których przedstawia się Pana osobę wyłącznie w kontekście dokonań fotograficznych. Chciałabym zatem stworzyć Panu możliwość nieco pełniejszego wyrażenia siebie, z uwzględnieniem istotnych życiowych zdarzeń, dążeń, sposobów działania oraz odbierania rzeczywistości w warstwie tak emocjonalnej, jak i poznawczej. Nie oznacza to rzecz jasna, całkowitego pominięcia sfery Pana działalności zawodowej. Na początek proszę o przekazanie ogólnych informacji o sobie. Co powinno się wiedzieć poznając Edwarda Hartwiga ?

Edward Hartwig: Największą niespodzianką życiową jest dla mnie to, że zostałem fotografem. Pochodzę wprawdzie z rodziny fotograficznej, ale w przeszłości nie lubiłem tego zawodu. W swoim czasie systematycznie uczestniczyłem w zajęciach w pracowni malarstwa, prowadzonych przez profesora Wiercińskiego. Chciałem zostać malarzem. Wtedy, gdy mój ojciec był właścicielem wielkiej pracowni fotograficznej w Moskwie, możliwości pracy w studiu były ograniczone: na przykład nie wykorzystywano jeszcze dziennego światła, a fotografia była statyczna. Tak się złożyło, że miejsce, które w Polsce przeznaczył mój ojciec na pracownię, mieściło się akurat naprzeciw teatru. Ojciec wykonywał zdjęcia teatralne po spektaklach, używając do tego celu szklanych płyt o wymiarach 18x24. Razem z bratem nosiłem sprzęt do teatru, co nie było zajęciem wymagającym inwencji i wzbudzało odrazę do zawodu fotografa. Taki był mój start w dziedzinie fotografii teatralnej. Nigdy się nie spodziewałem, że w przyszłości będę się przede wszystkim tym właśnie zajmować.
To tragiczne okoliczności życiowe sprawiły, że ostatecznie zająłem się pracą fotograficzną. Kiedy ojciec zachorował - na mnie jako najstarszym spośród pięciorga rodzeństwa spoczął obowiązek utrzymania rodziny. Przebywałem wówczas jeszcze w gimnazjum i początkowo jedynie kontrolowałem pracę w zakładzie ojca, ale któregoś dnia postanowiłem spróbować swoich sił w roli fotografa. I tak fotografia, która była mi obojętna, a nawet niechciana, z czasem stała się moją pasją życiową.
Podczas mojego pobytu w Wiedniu miałem okazję poznać możliwości tkwiące w fotografii. Wiedziałem już jaki sprzęt powinienem mieć i taki też sobie później kupiłem. Przebywając za granicą uczyłem się fotografii portretowej i wyobrażałem sobie, że będę się tym właśnie zajmować. Ale mój temperament, ciekawość poznawcza spowodowały, że stało się inaczej. Po powrocie do Lublina, gdzie na stałe wówczas mieszkałem, nie mogłem się zgodzić na siedzenie i czekanie aż pojawi się klient. Dlatego zacząłem zajmować się pejzażem. Pieszo przemierzałem Polskę. Fotografowałem wówczas z wewnętrznej potrzeby i dla własnej satysfakcji. 
 
I. M.-B.: Z jakiego okresu w Pana życiu pochodzą najprzyjemniejsze wspomnienia i czego dotyczą?
E.H.: Dotyczą one okresu przedwojennego, a związane są z dzieciństwem. Wtedy ludzie byli dla siebie bardzo życzliwi, sympatyczni. Miło wspominam czas, gdy w wieku 6-7 lat przebywałem w Rosji, w bezpośrednim sąsiedztwie lasu, a dziećmi pomagała opiekować się niania i urocza Babcia Maria.
I. M.-B.: Najbardziej przykre wydarzenia...
E. H.: Mieszkając w Lublinie, jeszcze przed wojną myślałem o przeniesieniu się do Warszawy, planowałem studia w Akademii Sztuk Pięknych. W końcu udało mi się kupić w Alejach Niepodległości duże mieszkanie, do którego przeniosłem m.in. kilkadziesiąt swoich obrazów Ale w ostatni dzień powstania trafiła w ten dom bomba...
Nie chcę się tu za bardzo skarżyć, ale towarzyszą mi też złe wspomnienia z okresu, gdy po aresztowaniu przez NKWD przebywałem w obozie.
Z pobytu w obozie zapamiętałem jedno przyjemne doznanie. Dotyczy ono widoku zorzy polarnej. W całym swoim życiu, a przecież dużo podróżowałem, nie widziałem niczego, co byłoby równie ciekawe. Niebo poprzecinane było poprzecznymi, różnokolorowymi pasami, które majestatycznie przesuwały się przed oczami oglądających. W obozowej szarości i biedzie te barwy odegrały wielką rolę: obraz ten pozwolił wierzyć, że świat jest inny, piękny i trzeba walczyć o to, żeby do niego wrócić.
 
I. M.-B: Przypuszczam, że miewał Pan momenty załamania pod wpływem tragedii życiowych. Jak Pan sobie z tym radził?
E. H.: Jestem wcześniakiem, w związku z tym w dzieciństwie szczególnie mnie hołubiono, uważano za ,,słabeusza". Byłem bardzo kochany przez matkę, której tragiczna śmierć wstrząsnęła nami wszystkimi. W dorosłym życiu, kiedy mieszkałem już w Warszawie, bywały takie chwile, gdy czułem się źle. Było to związane - przede wszystkim – z przemęczeniem. Zwracałem się wtedy z prośbą o pomoc do mojego brata, który był profesorem medycyny. Zwykle doradzał mi krótkie wyjazdy na wieś i zwykł był mówić, że gdybym po powrocie nadal czuł się chory - wtedy mnie przyjmie. I w rezultacie okazywało się, że rzeczywiście taka wycieczka wpływała regenerująco na stan mojego zdrowia!

I. M.-B.: Zachowuje Pan stale pełną aktywność. Jak Pan myśli i czuje - dzięki czemu ? Co Pana motywuje do działania? Zapewne pomagają w tym Panu jakieś cechy osobowości?
E. H.: Sądzę, że widocznie mam taką strukturę fizyczną i psychiczną, która pomaga mi być sobą i przezwyciężyć trudności.
I. M.-B.: Osoby, które Panu pomogły w życiu, wspierały w zamierzeniach vs. te, które przeszkadzały... Gdyby zechciał Pan też dokończyć zdanie zaczynające się od słów: cenię w ludziach...
E. H.: Odczuwam satysfakcję, gdy odkrywam, że nadal znajdują się osoby, których osobiście nie znam, a które zachwycają się moją pracą i pragną wydawać albumy złożone ze zdjęć przeze mnie wykonanych, zwiedzają moje liczne wystawy.
Cenię w ludziach ...inteligencję, uczciwość, serdeczność oraz przyjazny stosunek do innych. Kiedy od tych, którzy byli mi nieprzychylni ,,dostawałem baty" - nie mściłem się i potrafiłem iść dalej. Zawsze mówiłem o takich ludziach, którzy szkodzą innym, że są słabi, pozbawieni charakteru. Ale nie można przecież koncentrować się na tym, aby działali oni zgodnie z moim własnym „życiowym kluczem"...

I. M.-B.: Co Pan uważa za swoje największe osiągnięcie ?
E. H.: Mój sukces polega na tym, że zostałem fotografem. Traktuję fotografię ,,pół żartem - pół serio", ale z pasją. Kiedyś nie wyobrażałem sobie nawet, że przy tej okazji można przeżyć przygodę i odczuwać radość. Najważniejsza jest satysfakcja związana ze świadomością własnych osiągnięć. Za sukces uważam też to, że w tym wieku mam nadal ,,naładowany akumulator": mnie ciągle nie tylko chce się pracować, ale jeszcze na dodatek osiągam ciekawe efekty!
I. M.-B.: Gdyby miał Pan sporządzić bilans zysków i strat związanych z zajmowaniem się fotografią, to która strona tej tak utworzonej tabeli najlepiej określa pana odczucia ?
E.H.: Zdecydowanie – jestem zwycięzcą| Żałowałem wprawdzie, że nie zostałem malarzem, ale muszę stwierdzić, że fotografia pomogła mi w życiu. Sam się dziwię, że tak ją pokochałem. Zadecydowała pasja. Uważam, że sztuki nie można nauczyć, a twórcy można tylko pomóc.
Trzeba jednak stwierdzić, że w fotografii twórczej istnieje pewna poprzeczka, której nie można przeskoczyć. Doświadczył tego znany malarz - Zdzisław Beksiński, który w swoim czasie był członkiem ZPAF-u. Po kilku latach zwrócił legitymację , ponieważ nie widział możliwości dalszego twórczego rozwoju w tej dziedzinie. W późniejszych wywiadach podkreślał, że jest byłym członkiem Związku, co dla mnie jako fotografa było o tyle ważne, że wówczas jeszcze ta sfera twórczości nie miała tej rangi co dzisiaj.

I. M.-B.: Do czego Pan dąży w swoich pracach ?
E. H.: Właściwie nie mam ściśle określonego programu. Niekiedy krytykują mnie za to, że nie uprawiam ,,czystej" fotografii, że sięgam do innych dziedzin: na przykład do grafiki.
Kiedy pytają mnie o to, czy jestem fotografem, fotografikiem czy grafikiem - odpowiadam, że wszystkimi trzema naraz. Fotografia jest dla mnie tworzywem służącym przedstawieniu tego, co tkwi we wnętrzu człowieka.
I. M.-B.: Co w Pana poczuciu oznacza słowo kreatywność ?
E. H.: Kreatywność oznacza dla mnie ciągłe odpowiadanie na pytanie ,,co dalej?". Kiedyś pewien krytyk po obejrzeniu wystawy moich prac w Paryżu napisał: ,,I co dalej panie Hartwig?". Bez zachwytu, ale i bez potępienia, Rzeczowe stwierdzenie odnoszące się do tego, że z jednej strony uznał mnie za autora interesującego, a z drugiej - zastanawiał się co jeszcze mógłbym zdziałać. Te słowa „co dalej?” stanowią w pewnym sensie moje credo życiowe. Staram się cały czas robić coś nowego.

I. M.-B.: Jakie jest Pana stanowisko w kwestii kiczu w sztuce ?
E. H.: Ubóstwiam! Wśród moich znajomych - artystów istniał zwyczaj, że zaprzyjaźniony malarz otrzymywał w prezencie jakiś potworny kicz. Gdyby urządzić wystawę kiczu, to zapewne przyciągnęłoby to uwagę wielu widzów, byłoby też trochę humoru. W końcu - jest to często prawda życiowa, z której możemy się cieszyć i nią bawić.
I. M.-B.: Czego Pan nie akceptuje w fotografii, jakiego typu zdjęć się wystrzega ?
E. H.: Nie lubię próżności i zarozumiałości u fotografów. Nie mogę się pogodzić , gdy fotografia służy ,,kalkowaniu świata" . Nie chcę ujmować niczego tym, którzy uprawiają ,,czystą” fotografię, dokumentują rzeczywistość. Ale uważam, ze jeśli ktoś jest zarażony ,,twórczym bakcylem", to chce budować własny obraz świata, może też czasami pragnie widzieć go w krzywym zwierciadle.
I. M.-B.: Czy jest jakiś typ zdjęć (na przykład młodych fotografów), które Pan szczególnie ceni i za co?
E. H.: Polacy są bardzo utalentowanym narodem. Prace młodych bardzo mi się podobają. Cenię fotografię reportażową zwłaszcza zdjęcia Krzysztofa Millera. Jednocześnie zauważam niekiedy w twórczości młodych pewną  przesadę i wyrachowanie, czasami - tanią manipulację. Właściwie w większości dzieł zaliczanych do sztuki współczesnej nie ma radości. Kiedy patrzę na dzisiejsze wielkie reklamy jest mi trochę przykro, bo właściwie fotografia wyeliminowała sztukę malowania plakatów. Teraz w reklamie dominuje fotografia i liternictwo. Jeśli fotografia nie przynosi zysków komuś - to się nie liczy.

I. M.-B.: Jak kształtuje się relacja między fotografią barwną a czarno-białą ? Czy uważa Pan, że istnieje tendencja do przeceniania koloru, a nie doceniania czerni i bieli ?
E. H.: Szykuje się właśnie wielka światowa wystawa, która zatytułowana będzie: ,,Sukces czarno-białej fotografii". Organizatorzy zapraszają mnie do udziału i proszą, abym pomógł dokonać wyboru prac autorstwa polskich fotografów, które mogłyby być tam zaprezentowane. Większość światowych artystycznych wystaw jest nadal w czerni i bieli. Jeśli mówimy o tych, którzy coś znaczącego osiągnęli w dziedzinie fotografii artystycznej - to też w kontekście czerni i bieli. Istnieją oczywiście świetni twórcy, którzy zajmują się fotografią użytkową. Barwa szczególnie tu dominuje.
Sam od dwóch lat pasjonuję się kolorem i panuje opinia, że mi to dobrze wychodzi. Najpierw interesował mnie przesyt barw, ale już się uspokoiłem i używam odcieni monochromatycznych. Ktoś kto zna moje wcześniejsze prace, a tych najnowszych jeszcze nie widział - nigdy by się nie domyślił, że to ja jestem ich twórcą.

I. M.-B.: I tak dotarliśmy do dnia dzisiejszego, kiedy to ...
E. H.: Aby opowiedzieć o zamierzeniach muszę cofnąć się na chwilę do przeszłości.
W swoim życiu zajmowałem się trochę fotografią pejzażową oraz portretową ale przede wszystkim - teatralną. Sam uważam się za ,,człowieka teatru". Moje archiwum fotograficzne związane z tematyką teatralną należy do największych w Polsce. Przez wiele lat to właśnie wykonywanie zdjęć dotyczących teatru stanowiło źródło mojego utrzymania. Były one wielokrotnie wystawiane, powstały z nich albumy i liczne wystawy - niedawno na przykład wydałem album ,,Kulisy Teatru".
W najbliższym czasie będzie zorganizowana wystawa moich prac w ,,Starej Galerii" ZPAF. Jej otwarcie przewidywane jest w Dniu Teatru, który, jak w każdym roku, obchodzony jest 27 marca. ,,Roboczy" tytuł wystawy brzmi :,,Ludzie Teatru".  Znajdą się tam zarówno portrety osób żyjących, jak i tych wielkich, których już nie ma między nami m. in. - Elżbiety Eichlerówny czy Aleksandra Bardiniego. Być może z uwagi na obfitość materiału zaistnieje konieczność by wystawę zorganizować w dwóch częściach. Wkrótce też odbędzie się kolejna wielka wystawa moich prac w ,,Zachęcie".
I. M.-B.: Według Pana rozwijanie własnych umiejętności jest możliwe przede wszystkim dzięki...
E. H.: Trudno jest w życiu założyć, że będzie się na pewno to właśnie robiło i że osiągnie się w tym powodzenie. Przypadki bardzo dużo znaczą: zarówno na ,,nie", jak i na ,,tak", Najważniejsze to: pracowitość, wrażliwość i talent.
Zdjęcia:
Edward Hartwig

Rozmawiała:
Iza Makiewicz-Brzezińska
 

1 komentarz:

  1. Świetne wywiady! Wspaniale można na nich obserwować zarówno upływ czasu, jak i rzeczy niezmienne i trwałe. Pouczające! Udostępniam na Facebooku. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Edward Hartwig: Przypadek według Edwarda H.

  Rekonstrukcja rozmowy jaką w roku 1997 Iza Makiewicz-Brzezińska odbyła z gigantem polskiej fotografii – Edwardem Hartwigiem. Iza M...